Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 listopada 2015

Jak zaczarować listopad


Listopad był dla mnie od zawsze najgorszym miesiącem w roku! Liście już dawno zdążyły pospadać z drzew, próżno można szukać śniegu, więc cały świat w listopadzie jest szary i brzydki. Poranne mgły w Krakowie są dodatkowo ubrane w porządną dawkę smrodliwego smogu, więc nigdy nie widać słońca. A bez słońca ciężko zabrać się do jakiejkolwiek aktywności...

Tak, tak listopad to dla mnie zazwyczaj prawdziwy koszmar. Lubię tylko urodziny mojego brata - kocham dawać mu prezenty i jeść tort, który przygotowuje moja Mama   -> jeśli chcesz poznać historię tortów w moim rodzinnym domu zapraszam do posta o torcie niezgody!
W tym roku postanowiłam powalczyć z chandrą, która powoli zaczęła się wlewać do mojej głowy i serca razem z pierwszym atakiem gęstej jesiennej mgły. Powiedziałam STOP! Wzięłam się w garść i w ostatnim czasie zrobiłam dużo naprawdę fantastycznych rzeczy i szczerze polecam wszystkim.



ROOM ESCAPE W KRAKOWIE


O takiej rozrywce dowiedziałam się z bloga Style Digger i od razu zapragnęłam zrobić to samo. Zapytałam dwójkę znajomych, znalazłam dogodny termin i nic nie mówiąc Tomkowi (randka niespodzianka) zarezerwowałam miejsce w pokoju, z którego w ciągu 60 min mieliśmy się wydostać. Do rozwiązania zagadek niezbędna jest praca zespołowa, dlatego każde kolejne otwarcie kłódki i każdy złamany szyfr witaliśmy salwami śmiechu i prawdziwą radością. Naprawdę bardzo mi się podobało! Doskonała rozrywka, trochę intelektualnej gimnastyki, trochę rywalizacji, trochę emocji. Przez 50 minut napełniłam się po brzeg pozytywną energią, a dobry humor nie opuszczał mnie jeszcze drugiego dnia! Nie jest to najtańsza rozrywka na  świecie, bo wejście do pokoju kosztuje 100 zł niezależnie od ilości osób, ale mimo wszystko gorąco polecam taką aktywną formę spędzania czasu!


Źródło!


SPECTRE


Jestem wielką fanką filmów o agencie 007. Chociaż ciężko było mi się na początku przekonać do Daniela Craiga i jego nieszablonowej urody, teraz uważam, że jest doskonały i naprawdę wzbogacił graną przez siebie postać. Sam Spectre podobał mi się mniej niż Skyfall (który swoją drogą jest odrobinę marudny), ale uważam, że warto wybrać się na ten film do kina. Mnóstwo realistycznych scen walki, świetne efekty specjalne, dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa, naprawdę piękne obrazy i ujęcia, a do tego wszystkiego dwa płomienne romanse. Kto chciałby zostać dziewczyną Bonda, ręka w górę! Bond, M, Q - świetne kreacje. Rozczarowały mnie 2 rzeczy, a właściwie dwóch aktorów - Christoph Waltz, który drugi raz zagrał Hansa Landę i Andrew Scott, który jeszcze raz został Moriartym. Wtórne, nieciekawe i przewidywalne kreacje. Chociaż fabuła była nieco naciągana i chwilami pojawiały się niedociągnięcia, film ogląda się bardzo przyjemnie - koniecznie  w kinie lub na wielkim ekranie!


RESTAURACJA PINO


W zeszłą sobotę umówiliśmy się z grupą znajomych na kolację i chociaż Kraków restauracjami stoi, znalezienie wolnego stolika dla 8 osób graniczyło z cudem. Nie było miejsca ani w Bistro 11, ani Rzeźni, ani Zazie. Zdecydowaliśmy się na Restaurację PINO, która mieści się na ul. Szczepańskiej 4. Piękne i naprawdę stylowe wnętrze: czerwone cegły, ciepłe drewno, białe ściany, kolorowe krzesła i otwarta kuchnia, gdzie można poobserwować krzątających się kucharzy. Od razu bardzo spodobał mi się ten industrialny klimat. Karta standardowa, wszystko co aktualnie jest modne i podawane w wielu restauracjach: mule, burgery, tatar, makarony i pizza. Ja zdecydowałam się na pieczoną makrelą z zielonymi warzywami i sosem z jabłek z curry, a Tomasz zamówił policzki wieprzowe, 2 moje koleżanki jadły mule w sosie winno-śmietanowym, ktoś zamówił pizzę, a ktoś inny makaron. Jedzenie było smaczne (no może nie na 5, ale mocną 4), obsługa miła i zaangażowana. Po pysznym Aperol Spritz wszystko wydawało mi się jeszcze piękniejsze! 
Wizyta w restauracji ze znajomymi to naprawdę fajny pomysł na spędzenie wolnego wieczoru, zwłaszcza w tak klimatycznym miejscu jak PINO. 




ŚNIADANIE W CHARLOTTE


Szczerze przyznam, że nie rozumiałam dotąd fenomenu tej modnej śniadaniarni. Jedni chwalili nad życie, inni odradzali, a jeszcze inni śmiali się w głos na wspomnienie bułki tartej z chleba Charlotte (podobno za 15 zł). Wspólnie z 3 koleżankami wybrałam w wolne przedpołudnie 11 listopada do Charlotte, aby sprawdzić o co tyle hałasu. 2 moje koleżanki to nowicjuszki w tej materii tak jak ja, ale Paulina (prawdziwa hipsterka) zna to miejsce doskonale. Wszystkie skusiłyśmy się na klasyczny śniadaniowy zestaw (kawa, koszyk pieczywa i konfitura lub krem) i rozkoszowałyśmy się wspólnie spędzonym czasem. Pieczywo bardzo mi smakowało,  konfitury (malinowa, truskawkowa i pomarańczowa) też. Szczególnie zapadnie mi w pamięć krem z białej czekolady - w połączeniu z nieziemsko dobrym rogalikiem będzie mi się śnić po nocach, pycha. Za 15 zł jest to naprawdę sycące i smaczne śniadanie, na pewno wrócę. W sumie podoba mi się ta atmosfera nieśpiesznego rozpoczynania dnia, chciałabym częściej móc właśnie tak nakręcać się do codziennej pracy. POPRAWKA! Wczoraj zabrałam do Charlotte moją przyjaciółkę i oprócz wspomnianego wcześniej zestawu jadłyśmy Croque monsieur - zapiekaną kanapkę z szynką, beszamelem i serem Gruyère i była przepyszna!


WORLD PRESS PHOTO 2015


Ta wystawa to moja studencka tradycja. Jak co roku zdjęcia zrobiły na mnie ogromne wrażenie i dały bardzo dużo do myślenia. Na świecie dzieje się mnóstwo naprawdę okropnych rzeczy. Codziennie ludzi tracą życie i zdrowie przez konflikty, a radykalizmy odbierają ludziom wolność. W takich chwilach warto docenić swoją własną codzienność. Polecam Wam wystawę, mnie chwyciła za serce.


To na razie połowa listopada, a mnie udało się zrobić już tyle fajnych rzeczy! Kupiłam sobie nawet zimową kurtkę i szalik (chociaż nie lubię zakupów), ugotowałam risotto dyniowe z gorgonzolą, gulasz z pieczarkami i pysznego kurczaka z kremowym sosie ze śmietanki i czerwonego pesto.




Co u Was? Jak sobie radzicie z jesienią?

A na koniec bonus: piękny, słoneczny Kraków!



poniedziałek, 7 września 2015

DAJWÓR 21, MEAT AND GO, WALENTY KANIA


Dobrze, że nie mieszkam na Kazimierzu. Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że to jedno z lepszych miejsc w Krakowie, ale pewnie byłabym wtedy bardzo gruba i z bardzo pustym portfelem. Tempo pojawiania się nowych, ciekawych miejsc z jedzeniem w tej części Krakowa jest szalenie szybkie i nie ma chyba nikogo, kto by za nim nadążył. Tego lata postanowiłam jak najbardziej wykorzystać piękną pogodę i nie siedzieć w domu (czego efektem jest także zaniedbanie bloga), ale dzięki temu odkryłam kilka miejsc zdecydowanie wartych uwagi.
Jakiś czas temu przechodziłam koło Okrąglaka i pomiędzy masami ludzi czekającymi na zapiekanki zauważyłam nowy szyld. Moja ciekawość wzmogła się, kiedy na szybko sprawdziłam nazwę w Internecie i okazało się, że miejsce rekomenduje Wojciech Nowicki. Więcej mi nie trzeba.

Meat & Go, bo tak się to miejsce nazywa, podaje kanapki z wolno pieczonym mięsem. Ale cóż to za mięso! Mięciutkie, aromatyczne, rozpływające się w ustach… Spróbowałam dwóch kanapek, jednej na ostro, a drugiej w stylu Jerk Pork. Obie były świetne, ale ta druga szczególnie urzekła mnie sosem z pomarańczy, rodzynek, wina i goździków. Porcje mięsa w środku są na tyle słuszne, że nawet mój chłopak – mięsożerca był zadowolony. Jeżeli macie ochotę na mięso w bułce, a znudziły już się Wam burgery, nie czekajcie ani chwili i pędźcie do Meat&Go, bo takiego jedzenia  w Krakowie gdzie indziej raczej nie zjecie. Facebook klick!


Kolejnym świetnym miejscem, którego uroki odkryłam stosunkowo niedawno jest plac przy ulicy Dajwór 21 (ochrzczony przez moich znajomych Nowym Placem Hipstera). Stoi już tam kilka mobilnych restauracji, między innymi jedna z tortillami. Niestety, z mięs mają tylko kurczaka, który nigdy nie jest moim pierwszym wyborem, więc pewnie nieprędko się tam wybiorę. Gwiazdą tego miejsca jest jednak wąsaty dżentelmen związany na dobre i na złe z podrobami. Bardzo się cieszę, że ludzie powoli wracają do tych trochę zapomnianych składników potraw, które oprócz tego, że są pyszne, to jeszcze pełne składników odżywczych.
Walenty Kania, bo tak nazywa się ów człowiek, jest autorem książki „Kuchnia dla odważnych. Podroby”. Warto spojrzeć chociażby na spis treści, samych potraw z mózgu jest około stu. Nas podczas wizyty skusiło jednak co innego. Nie zjecie w Krakowie nigdzie takich kiełbas. Są po prostu fantastyczne. Zamówiliśmy jedną baranią i jedną kozią (jedliście kiedyś?) i do dziś nie możemy się zdecydować, która była lepsza. Jest to miejsce, do którego na pewno jeszcze nie raz wrócę i mam nadzieję, że trafię na jakąś potrawę z nerkami. Facebook klick!


Do kiełbas mój chłopak, któremu jedzenia zawsze mało, zamówił jeszcze opiekane ziemniaczki z budki obok (Ziemniaczki na Kazimierzu). Były bardzo smaczne, podobno dwa razy smażone i dwa razy przyprawiane mieszanką przypraw, w której główne skrzypce gra na pewno słodka papryka. Smak bardzo dobrze dopełniał sos majonezowy z chilli. Polecam wszystkim  znudzonym frytkami belgijskimi (ale nie wierzę, że są tacy). Facebook klick!




Tempo zmian na kulinarnym Kazimierzu jest oszałamiające. Bardzo żałuję, że jestem tam stosunkowo rzadko (ale mój portfel mówi co innego). Trochę za to wkurza mnie, że w okolice Rynku całkowicie zalane są zapiekankami i słabym kebabem i wcale nie wygląda na to, żeby coś miało się zmienić. Mam jednak nadzieję, że mylę się w tej kwestii i może wkrótce coś przyjemnie mnie zaskoczy?

niedziela, 5 października 2014

Śniadanie w Restauracji Ziemiańskiej



Cześć!

Wiecie czego najbardziej nie lubię w ciągu tygodnia? Tego, że muszę się ciągle śpieszyć. Wstawać zaraz po budziku, jeść ekspresowe śniadanie, robić turbo minimalistyczny makijaż i biec na autobus, bo znów przez ciepłą kołdrę i drzemkę uciekły mi cenne poranne minuty.  Ale w weekend, jestem jak król! Celebruję, siedzę przy stole długo i rozkoszuję się pysznym pierwszym posiłkiem! Tak też było w ostatnią niedzielę! Odwiedziłam Restaurację Ziemiańską na Kazimierzu i cieszyłam się błogą wolnością.

Gdzie to jest?

Restauracja znajduje się na ulicy Izaaka 7, w samym sercu dawnej dzielnicy żydowskiej. To moja ulubiona stara cześć Krakowa. Rzadko bywam tam w z samego rana, a bardzo przyjemnie podgląda się typowy, niedzielny ruch na placu targowym, stoły zapełnione po brzegi starociami i stragany z dojrzałymi owocami. Poza Placem Nowym, na Kazimierzu o 10 panuje raczej senna atmosfera. Pod Restaurację Ziemiańską mało kto się zapuszcza.



Jak tam jest?

Ziemiańska ma piękny, duży ogródek pośród drzew. Między grubymi pniami znajdują się stoliki. Wszędzie porozwieszane są kolorowe lampiony (muszą pięknie wyglądać w nocy). Przy wejściu na ogródek stoi duży grill. Mimo, że wrześniowa niedziele była dość chłodna (odczułam to bardzo mocno, bo zapomniałam skarpetek), postanowiliśmy zjeść śniadanie właśnie na zewnątrz (nie na polu, o nie!). W środku byłam tylko przez sekundę, bar i stoliki prezentują się raczej elegancko. Spodobały mi się obrazy z sarenkami. Lubię sarenki.






Co jest w menu?

Na stronie reklamują się jako kuchnia polska dwudziestolecia międzywojennego. Do wyboru kilka przystawek, kilka zup i sałatek, pokaźna lista drugich dań oraz specjalne śniadaniowe menu z 5 pozycjami. Najbardziej zaciekawiły mnie zupa krem z białych warzyw i Cappuccino borowikowe! Drugie dania też prezentują się znakomicie, ryby, mięsa, placki ziemniaczane. Ceny wahają się od 13 zł za zupę do około 60 za steka.





Śniadanie

Jest serwowane codziennie od 9 do 12. W menu znajduje się 5 propozycji, w cenie każdego śniadania jest kawa lub herbata (12 - 16 zł). Na śniadanie wybrałam się z T i koleżanką Sylwią dlatego mogliśmy spróbować 3 różnych dań. Nie ukrywam, że największą ochotę miałam na angielskie śniadanie, bo po sobotniej nocy w brzuchu burczało mi bardzo głośno, ale T mnie ubiegł.
Żeby moc zrobić ładne zdjęcia (bloger wie co to poświęcenie) zamówiłam tosty z masłem orzechowym i bananem, oraz serkiem, ciasta owsiane, dżem żurawinowy i obowiązkowo białą kawę. Bardzo fotogeniczne i smaczne śniadanie, chociaż grzanki moim zdaniem trochę za mało wypieczone.




Typowe angielskie śniadanie T, fasolka w pomidorowym sosie, podsmażona biała i dość tłusta kiełbasa, pomidory na ciepło, pieczarki i 2 idealnie wysmażone sadzone (płynne żółtko).




W śniadaniu Sylwii nie mogło zabraknąć jej ulubionego składnika, czyli smażonego boczku! Narzekała, że jest go za mało, chociaż moim zdaniem jego braki rekompensował pyszny pleśniowy ser. Ja dodałabym do całości więcej warzyw, np. pomidorów.



Crème brûlée

Na koniec mimo pełnych brzuchów zdecydowaliśmy się zamówić dodatkowy deser: czekoladowy Crème brûlée.  Był tak doskonały, że na samo wspomnienie cieknie mi ślinka. Delikatna konsystencja i intensywny czekoladowy smak, do tego krucha i chrupiąca skorupka z cukru i kwaskowy syrop na dole kokilki. Nie pamiętam czy jadłam kiedyś lepszy deser! Oczy zaczynają mi się robić szkliste na wspomnienie tego smaku!




Podsumowując, śniadanie w Ziemiańskiej w bardzo dobrej cenie i smaczne. Pokaźne i ciekawe menu zachęca do kolejnej wizyty. Na ten wspaniały deser przyjdę jeszcze na pewno.
Jeśli będziecie w okolicy, warto zajrzeć!




Strona: http://ziemianska.pl/
Facebook: https://www.facebook.com/ziemianskakrakow?fref=ts
Instagram: http://instagram.com/ziemianska_rest_official?modal=true


środa, 24 września 2014

Streat Slow Food w Krakowie


Cześć!
Już dawno na blogu nie zagościła żadna nowa relacja z miejsca, w którym można dobrze zjeść w Krakowie, pora to zmienić.W ostatnim okresie odwiedziłam dwa zupełnie nowe miejsca. Jedno okazało się niewypałem, drugie nie zawiodło pokładanych w nim nadziei.

wtorek, 10 czerwca 2014

Frytka is the new black?


Krakowski Kazimierz to fantastyczne miejsce, w którym jak grzyby po deszczu pojawiają się całe zastępy nowych knajp. Jest ich tak dużo, że żeby być na bieżąco trzeba mieć naprawdę pojemny portfel i żołądek. Miejsce, które chcę dziś opisać wpisuje się w bardzo modny ostatnio street-food. I robi to naprawdę dobrze.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Burger is dead. Antler Poutine&Burger na Gołębiej



Zastanawiacie się, który już raz w tym tygodniu czytacie, ze burgery wyszły z mody i już się ich nie jada? Ja przestałam liczyć gdzieś w okolicach dwudziestego piątego razu. Jest to trochę dziwne, biorąc pod uwagę, że w Krakowie chyba co dwa tygodnie pojawia się nowe miejsce, gdzie można zjeść to danie.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Warsztaty curry i NajedzeniFest SLOW FOOD


Cześć! 
Wczoraj w Hotelu FORUM odbywała się wielka kulinarna feta. Wydarzenie głośne jak przeciwpożarowa syrena, więc każdemu Krakowianinowi (lub przebywającemu chociaż w Krakowie) coś się obiło o uszy. Impreza się rozszerza w kilku płaszczyznach, przyciąga więcej osób i zaskakuje coraz większą liczbą atrakcji. 

Knajpy, producenci, stowarzyszenia, blogerzy, winiarnie, foodtrucki. Nowością dla mnie były warsztaty i seanse filmowe w Kinie Pod Baranami. Żałuję, że nie mogłam poświęcić piątkowego wieczoru na kuchenny maraton w kinie, na szczęście już wcześniej wygospodarowałam czas na warsztaty o curry!


Ale od początku, kilka słów o samym festiwalu. Lubię Hotel FORUM, darzę szczególnym uczuciem leżaczki przed wejściem i widok na Wisłę i Wawel, uśmiecham się na myśl o wysłużonych wykładzinach, podoba mi się industrialny bar, przy który kojarzy mi się z filmami o  brudnym Londynie. Pomysł umieszczenia w jednym miejscu tylu wspaniałości zawsze przyprawia mnie o szybsze bicie serca. Żałuję tylko, że żołądek mam tylko jeden i miejsce jest ograniczone, bo z chęcią spróbowałabym wszystkiego! To co mi przeszkadza w takich spędach, to ilość gawiedzi, lub właściwie ludzi takich jak ja, którzy z chęcią zjedliby coś pysznego. Chyba nie ma na to rady, trzeba się do tłumu przyzwyczaić i nauczyć się z nim żyć. 

Na szczęście udało mi się zjeść kilka pysznych rzeczy, zanim poszłam na warsztaty.

Zaczęłam od deseru, doskonałego tortu bezowego z malinami, borówkami i kremem z mascarpone, śmietanki i likieru Kahlua od Book me a cookie. Nie byłam pewna czy lubię bezę, ale okazało się, że jestem jej wielką fanką, zwłaszcza w tak dopasowanym towarzystwie. 
Próbowałam specjalności Forum: maleńkich kanapek z tatarem wołowym i rostbefem. Obie bardzo mi smakowały.


 
Porządnie nasyciłam się zupą z pieczonej papryki i pomidorów z serem z bawolego mleka i porządną garścią zielonej pietruszki z Węgierskich Specjałów. Smaczna, klasyczna węgierska zupa.


Niestety, wtedy skończył mi się czas (nie miejsce w żołądku, w żadnym wypadku) i poszłam na warsztaty. Spośród bogatej listy dostępnych kursów zdecydowałam się na zajęcia z Bartkiem Półcienniakiem z Twójkucharz.pl o przygotowywaniu curry i sufletów czekoladowych z gorgonzolą. Dlaczego właśnie te? Wydały mi się najbardziej egzotyczne, a zdjęcie prowadzącego najbardziej sympatyczne ^^ Kuchnia indyjska jest mi praktycznie zupełnie obca. Bardzo żałuję, bo to kuchnia pełna aromatów, kolorów, warzyw i smaku.


To moje pierwsze warsztaty tego typu, więc byłam ogromnie podekscytowana i trochę zestresowana. Na szczęście atmosfera była bardzo przyjemna, uczestnicy warsztatów sympatyczni i chociaż nie wyszłam z sali z telefonem pełnym nowych numerów, z przyjemnością wspomnę te 2 godziny pracy z obcymi dla mnie ludźmi.

Tak jak się spodziewałam, Bartek okazał się być bardzo charyzmatyczną jednostką! Mimo, że rozkojarzony natłokiem obowiązków przy festiwalu, z pasją opowiadał o podstawowej mieszance ziół indyjskiej kuchni. Mam nadzieję, że właściwie wszystko zapamiętałam. W mieszance musi się znaleźć:


  • kolendra
  • kozieradka
  • kmin rzymski
  • czerwony pieprz
  • biały pieprz
  • czarny kardamon
  • zielony kardamon
  • kurkuma
  • anyż

Do wersji podstawowej curry trzeba koniecznie dodać jeszcze odrobinę świeżego imbiru, limonkę, cebulę, czosnek, chilli, miód lub cukier i świeżą kolendrę. Później można już kombinować z dodatkami: albo pomidory, albo mleczko kokosowe, albo jedno i drugie (ta wersja moim zdaniem jest najsmaczniejsza). Strasznie to wszystko skomplikowane, ale spróbuję w najbliższym czasie odtworzyć recepturę w domu.

Suflet czekoladowy z gorgonzolą to porównaniu do poprzedniego dania bułeczka z masłem! 2 jajka, tabliczka czekolady, 20 g cukru, 20 g masła i odrobina sera. Najlepiej przygotować go dzień wcześniej i zamrozić, bo wtedy łatwiej uzyskać efekt z chrupiącym brzegiem i lejącym, płynnym środkiem. Poezja smaku! Deser niesamowicie mi smakował, miałam ochotę śpiewać ze szczęścia. W najbliższym czasie oczywiście pojawi się na blogu. O ile uda mi się uzyskać taki sam efekt.



Warsztaty były dla mnie pięknym przeżyciem. Żałuję z całego serca, że nie brałam udziału w podobnych wydarzeniach wcześniej. Przede mną jeszcze długa droga, mam do odkrycia jeszcze tysiące tajników kuchennej wiedzy. Obiecuję być jeszcze pilniejszym uczniem i nadrabiać istniejące braki z jeszcze większym zaangażowaniem!

W międzyczasie Tomek, jego siostry i reszta naszych znajomych zjedli pyszne burgery od Streat Slow Food (podobno doskonałe mięso, dodatki najwyższej jakości), i Burgertaty (minimalnie gorsze, chociaż dalej bardzo smaczne). Zdecydowali się też na tarty od Bonjour Cava (czekoladową, czekoladowo-bananową i z białą czekoladą). 




Po warsztatach musiałam niestety szybko uciekać do domu, żeby dokończyć prezentację na dzisiejsze zajęcia. Pomimo tego, że nie jestem mistrzem w wystąpieniach publicznych, to mogę uznać za naprawdę udane. Obym trafiała częściej na tak ciekawe tematy!

Podsumowując, mam nowe cele na najbliższy czas:


  • więcej warsztatów
  • więcej knajp
  • więcej burgerów 
  • więcej słodkości
  • więcej czasu na wszystko (żądam wydłużenia doby)!

wtorek, 29 października 2013

Zdrowa domowa nutella z kaszy jaglanej


Cześć! Do tego przepisu zabierałam się chyba z 2 miesiące. Lubię kaszę jaglaną na słodko w postaci puddingu i czułam, że to również będzie strzał w 10. Nie sięgałam po nutellę zbyt często, a po lekturze serii artykułów Facet na tropie - uważaj co jesz krem czekoladowy nie ląduje nigdy w moim koszyku, dlatego zdrowa alternatywa od razu wydała mi się bardzo kusząca. Krem wyszedł idealny - mało słodki i bardzo czekoladowy. Świetnie nadaje się do naleśników, ciast czy kanapek. Jutro spróbuję dodać go do owsianki ;) Przepis znalazłam u niezawodnej Natalii z Poezji Smaku. Smarowidło można przechowywać 7 dni w lodówce, a z podanej proporcji wychodzi 2 małe słoiczki kremu.

Składniki:

1/2 szklaki kaszy jaglanej
1 szklanka wody
1/2 roztopionej czekolady
1/2 szklanki mleka
2 łyżki masła orzechowego (najlepiej domowego)
3 łyżki gorzkiego kakao
1 łyżeczka soku z cytryny
2-3 łyżki miodu lub brązowego cukru
szczypta soli

Przygotowanie:

Kaszę przelać na sitku wrzątkiem, następnie wrzucić do gotującej się wody (1 szklankę), osolić szczyptą soli i gotować około 7-8 min. Przykryć i odstawić na 30 min aż kasza zmięknie. Po tym czasie dodać mleko i zmielić na gładką masę. Następnie dodać wszystkie składniki i dalej miksować aż krem będzie aksamitny - u mnie trwało to dość długo i robiłam przerwy (blender ręczny). Krem gotowy! Polecam i smacznego!


Wspominałam Wam ostatnio na Fejsie, że byłam we wspaniałym miejscu na kawie z koleżanką. Nie mam pojęcia czy jedzonko jest tam smaczne, ale ogródek jest przepiękny. Ciężko uwierzyć, że to ścisłe centrum Krakowa: MEHO CAFE na ul. Krupniczej.


Jeżeli podobał Ci się ten post i masz ochotę na więcej, to będzie mi szalenie miło, jeżeli odwiedzisz mnie także na Facebooku:)

czwartek, 18 kwietnia 2013

KATANE - najlepsze lody w Krakowie


Cześć! Wygląda na to, że wiosna w końcu zostaje. Wspaniale, bo dzięki pięknej pogodzie wszystko staje się łatwiejsze. Dziś chciałabym pokazać Wam moją ulubioną lodziarnię, która znajduje się na ul. Sławkowskiej w Krakowie. Niepozorny niewielki lokal, kilka najtańszych stolików i niezbyt ładna fototapeta z rajską wyspą w środku. Wydawać by się mogło, lodziarnia jak każda inna. Nic bardziej mylnego!

piątek, 22 marca 2013

Shake & Bake Kraków


Czeeeeść! W związku z początkiem wiosny postanowiłam rozpocząć nowy cykl wpisów na blogu. Chcę pokazać wam, które miejsca w Krakowie lubię i które polecam. Poza tym chciałabym też poszukać kolejnych ciekawych miejsc i w tym celu będę wykorzystywać rekomendację moich przyjaciół, a także Wojciecha Nowickiego, który w kwestiach kulinarnych raczej się nie myli. Z natury jestem mało krytyczna i nie do końca umiem powiedzieć, że coś mi się nie podobało, za to mój chłopak jest arcymistrzem hejterstwa, więc czasem też pojawią się wpisy o tym czego nie warto próbować i dlaczego.
To chyba koniec szumnego wstępu, zaczynam!


Na dobry początek Shake&Bake. Wspominałam już kilka razy o tym miejscu. Miałam okazje próbować 3 rzeczy na listopadowym Foodstocku i od tamtej pory myślałam, żeby się tam wybrać. Zielony koktajl z ananasem, szpinakiem, i jabłkiem był pyszny. Klasyczny shake z lodami, nutellą i bananami również bardzo dobry, a bananowy serniczek z karmelem na spodzie z ciasteczek zawładnął moim sercem. Tomek był zachwycony brownie.


Lokal przy Bagateli jest malutki. 4 stoliki i kilka krzeseł. Przy ladzie dużo domowych wypieków. Muffiny na słono: ze szpinakiem, cukinią lub pieczarkami. Ze słodkości można było wybrać muffiny z czekoladą i orzechowym kremem, z białą czekoladą z bananowym kremem i brownie. W menu możemy znaleźć 3 rodzaje koktajli: zimne z dodatkiem lodów waniliowych, ciepłe ze spienionym mlekiem oraz zielone. Dostępne są w 3 rozmiarach na miejscu i na wynos. I teraz najważniejsza część posta czyli moje zamówienie. Zdecydowałam się na babeczkę z czekoladą i orzechami i była bardzo smaczna. Lekko przypieczona i nie najpiękniejsza, ale domowa co bardzo mi się podobało. Zdecydowanie różniła się od babeczek z Cup Cake Corner, które są tak idealnie piękne, że szkoda ich jeść. Kosztowała 4 zł i była smaczna, przede wszystkim nie za słodka. Babeczka Oli była bardzo słodka, biała czekolada i banany to moim zdaniem nie najlepsi przyjaciele na świecie. Środa to był dla mnie dzień słodkości, więc zamówiłam również lodowy  koktajl z batonikiem bajecznym, kakao i jagodami i był bardzo pyszny! Orzeźwiający i znów nie słodki. Ola zdecydowała się na klasyk: nutella, lody i banany:) Nasze małe koktajle kosztowały około 10 zł, ale 0,3 l to moim zdaniem wcale nie tak mało ;) Wszystkie zamówienia przygotowywane są na widoku, więc wiadomo, że do naszego kubka lądują mrożone owoce, lody i ciasteczka. Ostatnio dowiedziałam się, że w bardzo dużej części kawiarni koktajle są przygotowywane z koncentratów, do których dodaje się tylko mleko lub wodę, brrrr. Istnieje możliwość wyboru własnych składników, co wydaje mi się bardzo ciekawą opcją, słodkości do wyboru jest masa! Lokal cieszy się dużym powodzeniem i chyba ciężko trafić na wolny stolik. Ale kiedy się już trafi, można naprawdę miło spędzić czas.




Polecam Shake&Bake za naturalne składniki, domowe wypieki i pomysłowość. Warto odwiedzić ;)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...