czwartek, 9 lipca 2015

Zupa botwinkowa z mlekiem kokosowym i imbirem z Jadłonomii


Macie wśród swoich znajomych wegan? Ja osobiście nie znam żadnego, moi znajomi to głównie bardzo zażarci mięsożercy. Chociaż ja też stoję po drugiej stronie barykady jest rzecz, której szczerze weganom zazdroszczę - kulinarnej wyobraźni i odwagi do mieszania tego co pozornie do siebie nie pasuje. Z przyjemnością zaglądam na bloga Jadłonomia, obserwuję Martę na instagramie i bardzo podoba mi się to co robi, jej energia do działania i kreatywność. Chętnie zostałabym jej koleżanką i spróbowała wszystkich pysznych, pięknych i wegańskich smakołyków.

Postanowiłam wypróbować sposób Marty na botwinkową i tym samym wykorzystać to piękne letnie warzywo. Muszę Wam powiedzieć, że byłam zachwycona efektem. Doskonały miks przypraw, lekko wyczuwalna nutka kokosa, piękny i energetyzujący kolor. Taki lekki obiad to dobra propozycja na letnie dni, no może nie tak mocno upalne jak dziś, bo dziś poza chłodnikami na kefirze ciężko było coś wcisnąć. 

Składniki:

1 pęczek botwinki (małe buraczki, łodygi i liście)
1 marchewka
2 ziemniaki
1 pietruszka
2 ząbki czosnku
1/2 puszki mleka kokosowego
2 szklanki bulionu (może być warzywny lub zwykły rosół)
2 łyżki oliwy z oliwek

1/2 łyżeczki mielonego imbiru
1/2 łyżeczki kuminu
1/2 łyżeczki ziaren kolendry
1/2 papryczki chilli lub więcej jeśli lubimy ostre zupy
sól i pieprz do smaku
1 - 2 łyżki soku z cytryny
natka pietruszki do posypania

Przygotowanie:


Chilli i czosnek posiekać drobno, wrzucić do garnka i dodać oliwę z oliwek. Podsmażać przez chwilę na małym ogniu (około 1 min).
Dodać pokrojone w kostkę warzywa: marchew, pietruszkę, ziemniaki oraz buraczki z łodygami i liśćmi, a także roztarty w moździerzu kumin i kolendrę. Wszystko razem dusić pod przykryciem około 15 min od czasu do czasu mieszając.
 Do warzyw dodać bulion i mleko kokosowe i gotować aż warzywa będą miękkie. Na koniec doprawić sokiem z cytryny, solą i pieprzem.

Smacznego!

PS. Oczywiście jak każda zupa najlepiej smakuje na drugi dzień ;)

wtorek, 7 lipca 2015

Wakacyjna wish - lista




Cześć! Wakacje w pełni. Bardzo ciężko jest mi wytrzymać 8 godzin w gorącym jak piekło biurze i czuję się naprawdę szczęśliwa opuszczając krakowski rynek o 16. Pracę nad wielkim exelowskim plikiem i całą stertą faktur umila mi snucie wakacyjnych planów. Postanowiłam zapisać je na "liście rzeczy do zrobienia", aby konsekwentnie je zrealizować. A jakie są Wasze plany na wakacje?

Wakacje zagraniczne
Nie ma przy tym punkcie żadnych kompromisów! Wybieram wycieczkę objazdową - nie jestem typem plażowicza, chociaż oczywiście 2-3 dni z przyjemnością będę się wylegiwać na słońcu i pływać w morzu. Ważnym aspektem wycieczki jest pyszna kuchnia. Dlatego odwiedzę Hiszpanię, Chorwację, Słowenię lub Czarnogórę.

Krótki wypad w Tatry
2 lata temu po raz pierwszy spędziłam wakacje w górach. Był to dla mnie najpiękniejszy urlop! Chodzenie spać o 22 i pobudka o 6 rano wcale mi nie przeszkadzały, a zapierające dech widoki rekompensowały nawet najcięższe podejścia.

Piknik nad Wisłą
To plan na najbliższe tygodnie. Będzie lemoniada, bagietki, pleśniowe sery i sukienki w kwiatki oraz oczywiście moi przyjaciele.

1 dniowa wycieczka do Sandomierza
Ostatnia moja wizyta w tym mieście miała miejsce jakieś 15 lat temu. Po lekturze Ziarna Prawdy to miasto wydaje mi się być magiczne.

Ognisko dla moich znajomych w Masłowie
W moim domu rodzinnym jest naprawdę dużo fantastycznych miejsc do piknikowania i ognisk. Żałuję, że tak rzadko z nich korzystam!

Wycieczka po górach świętokrzyskich
Najtrudniej docenić to co ma się pod nosem!

Rowerowy wyjazd do Tyńca
Od prawie 6 lat mieszkam w Krakowie i aż głupio mi się przyznać, że nigdy nie byłam na rowerowej wycieczce w Tyńcu. Poza tym mam nadzieję, że jeszcze pamiętam jak jeździ się na rowerze.

Organizacja kolacji w stylu arabskim dla moich przyjaciół
To dla mnie zupełnie egzotyczny i bardzo pociągający kierunek. Nie mogę się doczekać tego wyzwania! Na imieniny w tym roku  ostałam książkę "Jerozolima" i zamierzam ją porządnie przestudiować i posmakować!

Wycieczka do Zamku w Łańcucie  
 I najpiękniejszej storczykarni w Polsce. Przy najbliższej wizycie w Rzeszowie, w rodzinnych stronach mojego chłopaka na pewno sobie nie odpuszczę.

Escaperoom
Pierwszy raz przeczytałam o takiej atrakcji na blogu Stlyledigger i bardzo spodobał mi się pomysł rozwiązywania zagadek wspólnie ze znajomymi.

piątek, 3 lipca 2015

Krewetki z czosnkiem z patelni


Najprostszy i bardzo smaczny sposób na przygotowanie krewetek. Chilli, pietruszka, czosnek, chlust wina i po 15 minutach można się cieszyć aromatyczną i smaczną kolacją lub ekspresowym obiadem. Przepis jest prosty i spodoba się zarówno laikom, jak i koneserom tych skorupiaków. Można go oczywiście zabrać ze sobą na wakacje, wykorzystać świeże krewetki i rozkoszować się tym co najlepsze w życiu przy grillu w słonecznej Hiszpanii lub Chorwacji (przynajmniej taki jest mój plan na sierpniowy urlop).


Wszyscy, którzy nie mają pozytywnych doświadczeń z krewetkami zachęcam, aby dali im jeszcze jedną szansę, bo smaki zmieniają się co 5 lat. Sama wspominam swój "pierwszy raz" z owocami morza jako dość traumatyczny. Pizza w Dagrasso na wagarach w trzeciej klasie liceum. Brrr na samo wspomnienie aż jeży mi się skóra na karku. Śmierdzące i gumowate krewetki, dziwne kalmary i różne inne nierozpoznawalne dla mnie wtedy składniki, a w konsekwencji i ból brzucha sprawiły, że na długie lata patrzyłam z obrzydzeniem na wszystkie rodzaje owoców morza. Aż wreszcie zjadłam pyszne krewetki na konferencji w Niemczech i doskonałe mule w Brukseli i pokochałam smak owoców morza!
W tym przepisie aromatyczny sos z wina, masła i czosnku aż prosi się, żeby zamoczyć w nim kawałki świeżego pieczywa. Polecam!


Składniki:

250 gramów krewetek vannamei*
papryczka chilli (u mnie całe świeże peperroni)
3 - 4 ząbki czosnku
4 łyżki masła
3 łyżki oliwy z oliwek
pół pęczka natki pietruszki
5 - 6 łyżek białego wytrawnego wina
1/2 cytryny
sól morska do smaku

*są już oczyszczone.

do podania: bagietka lub inne pieczywo

Przygotowanie:

Krewetki rozmrozić, np. przelewając letnią wodą na sitku, a następnie osuszyć papierowym  ręcznikiem i odłożyć na talerz.
Czosnek, pietruszkę i chilli drobno posiekać. Na patelni roztopić połowę masła i 2 łyżki oliwy, dodać chilli oraz czosnek, kilkanaście sekund podgrzewać. Następnie wrzucić osuszone krewetki i dokładnie minutę smażyć z jednej strony (nie mogą na siebie zachodzić).
Dodać wino i przez chwilę odparowywać, następnie przekręcić krewetki na drugą stronę i smażyć kolejną minutę. Przez kolejne pół minuty podsmażać grzbiety krewetek. Zdjąć z ognia, dodać pozostałe masło i  oliwę, posypać solą morską, pietruszką i dobrze wymieszać. Podawać od razu z chrupiącą bagietką.



PS. Takie śniadanie zaserwowałam koleżance pewnego sobotniego poranka.

Przepis pochodzi z Kwestii Smaku.

czwartek, 2 lipca 2015

Weselny survival - czyli jak przetrwać wesele i nie zwariować


Cześć!Sezon weselny w pełni, więc dziś podzielę się moimi weselnymi doświadczeniami. Byłam gościem weselnym już 20 razy i obserwowałam przygotowania takiej imprezy z kilku perspektyw. Dzięki tym doświadczeniom stworzyłam listę przykazań, o których należy pamiętać, aby dobrze się bawić na weselu.

Załóż wygodne ubranie
Nawet najpiękniejsza sukienka będzie się kiepsko prezentować, jeśli będzie niewygodna. Naprawdę nie ma sensu inwestować pieniędzy w za ciasne i krępujące ruchy kreacje. Na weselach wcale nie trzeba zakładać wieczorowych sukni, można spokojnie wybrać coś lekkiego i zwiewnego.

Moim zdaniem nie jest dobrym pomysłem zakładanie najwyższych możliwych szpilek, w których dodatkowo nie potrafi się postawić jednego stabilnego kroku. Zazwyczaj osoby w takich butach po niecałej godzinie od rozpoczęcia imprezy maszerują po spakowane do reklamówki baletki. Amatorszczyzna. Lepiej wybrać wygodne buty na średnim obcasie, w których spokojnie można wytrzymać do 12 w nocy (później i tak nikt nie zwraca na to uwagi) lub od początku być w płaskich butach. Współczesny weselny dresscode daje naprawdę dużo swobody w zakresie stroju.

Szczerze odradzam również w tym punkcie modelującą bieliznę. Do obiadu można jeszcze jakoś w niej wytrzymać, ale później jest to największa katorga!

Jedz połowę porcji

Te kilka krótkich chwil na weselu przed podaniem rosołu to zazwyczaj najbardziej sztywne i nudne momenty imprezy. Wszyscy oglądają się na boki i zastanawiają czy wypada wypić już pierwszy kieliszek wódki czy smętnie czekać na jedzenie, a wtedy pusty brzuch burczy najgłośniej jak tylko potrafi. Warto jednak w tym momencie zrobić chłodną kalkulację - czy się objeść krańcowo przy obiedzie czy jednak zostawić sobie trochę miejsca na inne dania. Ja zawsze jem połowę i próbuję wielu rzeczy przez całą noc.

Nie mieszaj alkoholu, ale pij!

Moda na wiejskie stoły trwa. Nie pamiętam wesela, na którym nie było kącika z wiejską kiełbasą, pieczoną szynką i smalcem oraz pokaźnym zbiorem domowych nalewek i bimbru. Chociaż jestem fanką takich alkoholowych smakołyków, staram się nie napełniać kieliszka bimbrem zbyt często. Mieszanie alkoholu zazwyczaj kończy się źle, dlatego lepiej trzymać się jednego gatunku (sprawdzone na własnej skórze).

Odradzam też całkowitą alkoholową wstrzemięźliwość. Może się tak zdarzyć, że jakieś jedzenie na weselu nie będzie do końca świeże, a alkohol może nas wtedy uratować.

Nie zabieraj osoby towarzyszącej na siłę

Nie wszyscy znajdują swoją drugą połówkę w tym samym czasie i nie ma co się tego wstydzić. Jeśli nie macie partnera lub przyjaciół, z którymi dobrze się czujecie i bawicie, nie ma sensu zapraszać kogoś obcego, aby coś udowodnić rodzinie lub znajomym. Doskonale można bawić się z bratem, siostrą, kuzynami czy znajomymi!

Jeśli jesteś kiepskim tancerzem/tancerką unikaj tańców w parze

Potrafię tańczyć w parze tylko z Tomkiem i z moim Tatą, a tańce z pozostałymi mężczyznami na świecie to dla mnie największa katorga i unikam ich jak ognia! Sprytnie uciekam wtedy do kółka i sprawa rozwiązana. No chyba, że jakiś wujek wyjątkowo chce mi pokazać, że Polka to najlepszy taniec. Na szczęście po tym jak kilka razy podepcze świeżo wypastowane buty zwyczajnie daje sobie spokój.

Pij wodę z cytryną lub mineralną zamiast słodkich napojów 

Dzięki temu unikniesz kaca, a dodatkowo bąbelki nie zabiorą Ci cennego miejsca w żołądku (lepiej w końcu zjeść porcję pieczonej szynki z chrzanem). Im więcej wody tym lepiej dla Twojego ciała. Po powrocie do domu wmuś w siebie najwięcej wody jak tylko możesz i koniecznie postaw butelkę przy łóżku!

Porządnie wymocz stopy po powrocie do domu

Tego triku nauczyła mnie moja Mama, która jest prawdziwym weselnym weteranem i doskonałą tancerką, co więcej - wszystkie imprezy zaczyna i kończy w butach na wysokim obcasie. Dzięki niej zawsze, ale to absolutnie zawsze po powrocie z wesela do miski wsypuje łyżkę soli kuchennej, odrobinę pachnącego żelu pod prysznic i ciepłą wodę, a później moczę stopy przez 10 - 15 min. Cała opuchlizna schodzi, a ja na drugi dzień bez problemu zakładam eleganckie buty.

Jeśli nie chcesz wyglądać jak zombie - zmyj makijaż

Nawet po mocno zakrapianych imprezach, na całkowitym autopilocie zawsze zmywam makijaż. Raz, że dzięki temu skóra się nie starzeje, dwa na drugi dzień wygląda dużo lepiej! W czasie moczenia stóp robię demakijaż (płyn micelarny + waciki wcześniej przynoszę sobie do pokoju). Następnie myję zęby i idę spać.

Po zastosowaniu tych tricków na drugi dzień wstaję wypoczęta i mam ochotę na poprawiny!

A jak Wy radzicie sobie z weselami?



środa, 20 maja 2015

Wołowina po burgundzku



Są przepisy, do których zbieram się miesiącami. Bardzo długo marzyłam o przyrządzeniu wołowiny po burgundzku, ale każda okazja wydawała mi się zbyt błaha dla tego dania.
Ostatecznie film Julie vs. Julia obejrzany jeszcze zimnym marcowym wieczorem przekonał mnie, że święta wielkanocne to najlepszy czas na przygotowanie tej wykwintnej potrawy.

Jest to koronne danie kuchni francuskiej, pełne głębokiego i intensywnego smaku czerwonego wytrawnego wina, przełamane słodkością pieczonych marchewek i doskonałe dzięki idealnie kruchym pieczarkom. Długie i powolne pieczenie sprawia, że wołowina rozpływa się w ustach. Doskonałym dodatkiem jest po prostu chrupiąca domowa bagietka (u mnie z przepisu Kwestii Smaku), ale świetnie będą też pasować pieczone ziemniaki, ryż czy kasza. Nie jest to jednak tani obiad, chociaż taką porcją spokojnie nasyci się 6 - 8 osób. Lista składników jest dość długa, a i ich ceny są stosunkowo wysokie. Dlatego wołowina po burgundzku potrzebuje specjalnej oprawy. Niech leje się czerwone wino, a na białym wykrochmalonym obrusie stoi najlepsza zastawa. Zatrzymajmy się, by cieszyć się piękną i magiczną chwilą. Bo taki gulasz przygotowuje się dla ludzi, których się szczególnie kocha.

Polecam to danie na wyjątkową, ważną okazję. Niech uświetni wasze stoły podczas rocznicy ślubu rodziców, urodzin ukochanej babci czy przyjęcia urodzinowego. Jest pełne aromatów i eleganckie. A pachnie tak wspaniale, że nie sposób nie poprosić o dokładkę.

Składniki

1 - 1,2 kg wołowiny do gulaszu, np. udźca
250 gramów wędzonego surowego boczku (może być w kawałku lub w plastrach)
6 szalotek (około 0,5 kg)
250 gramów małych pieczarek
2 duże marchewki pocięte w plastry
1 butelka wina
1 - 1,5 szklanki bulionu
3 ząbki czosnku
2 listki laurowe
3 ziarenka ziela angielskiego
1 łyżeczka suszonego tymianku
0,5 łyżeczki suszonego rozmarynu
sól i pieprz
olej rzepakowy do smażenia
2 łyżki masła
natka pietruszki
ręczniki papierowe


Przygotowanie:


Wołowinę umyć, pociąć na duże kawałki i dokładnie osuszyć papierowym ręcznikiem.
Boczek pokroić w drobną kostkę, szalotki na ćwiartki, marchewki na plastry. Na dużej patelni podsmażyć boczek i przełożyć go do dużego naczynia żaroodpornego z grubym dnem. Na tłuszczu wytopionym z boczku szybko podsmażyć cebulę i zmiażdżone ząbki czosnku, a potem również przełożyć je do garnka.

Następnie dodawać po łyżce oleju i odrobinie masła, mocno rozgrzać i smażyć kawałki mięsa na brązowo. Pamiętajcie, mięso nie może się dotykać, bo temperatura na patelni spadnie i zacznie się dusić. Julia Child obcięłaby za to ręce! Mięso smażyć partiami, porządnie solić po zdjęciu z patelni i przekładać do naczynia z warzywami. Jest to najbardziej żmudna i pracochłonna część gotowania tego wspaniałego dania.

Kiedy całe mięso będzie podsmażone dodajemy zioła: listki, ziele, całe ziarna pieprzu, tymianek i rozmaryn oraz pokrojoną marchewkę. Na patelnię przelewamy bulion i delikatnie podgrzaamy, aby zebrał cały tłuszcz ze smażenia, a potem zlewamy do naczynia. Następnie wlewamy podgrzane wino. Jeśli całe się nie zmieści od razu, można dodawać je stopniowo.

Naczynie należy przykryć i wstawić do rozgrzanego do 170 stopni piekarnika. Po około godzinie dodać pieczarki i piec jeszcze dodatkową godzinę lub godzinę i pół. Po tym czasie mięso będzie się rozpływać w ustach! Teraz jest czas na dodanie odpowiedniej ilości soli, gulasz potrzebuje jej naprawdę dużo. Każdą porcję wołowiny po burgundzku posypujemy posiekaną pietruszką, dzięki temu wygląda pięknie i smakuje świeżo.


Smacznego!

Korzystałam z przepisu Natalii z Poezji Smaku



wtorek, 5 maja 2015

Jak mądrze robić zakupy


Cześć! Dziś kilka wskazówek dotyczących mądrych zakupów. Mądrych, czyli takich, które nie zabierają ogromnej ilości czasu i pieniędzy, a pozwalają napełnić lodówkę i spiżarnię fantastycznymi produktami wysokiej jakości.

Planuj swoje zakupy!

Planowanie to najważniejsza część zakupów! Bez listy czuję się w sklepie jak dziecko we mgle, zamiast konkretnie i szybko załatwić sprawę, szwendam się między półkami i wrzucam do koszyka wspaniałe "okazje" zapominając o podstawach. Dlatego zanim wybiorę się na duże zakupy (zazwyczaj raz w tygodniu) robię przegląd lodówki, zamrażalnika i szafek z zapasami.
Później mniej więcej planuję co chcę jeść w najbliższym tygodniu (obiady i drugie śniadania w pracy) i już wiem co trzeba kupić.

Stwórz swoją bezpieczną bazę produktów

Czyli listę rzeczy, z których zawsze możesz coś ciekawego przygotować lub po prostu wziąć ze sobą do pracy. Dla mnie i Tomka takimi produktami są: twaróg, jogurty naturalne, mozzarella, makaron dobrej jakości, oliwa z oliwek, pumpernikiel, warzywa, pomidory w puszce, jajka. Przy każdych zakupach te produkty lądują w koszyku, a my czujemy się bezpiecznie, bo nawet w przypadku nagłego ataku wilczego głodu możemy w kilka chwil przygotować coś dobrego bez wychodzenia z domu. Np. makaron z sosem pomidorowym, jajka w pomidorach czy omlet. Co tydzień zmieniają się dodatki, raz kupujemy zieloną sałatę, raz zajadamy się rukolą, a innym razem wcinamy białą kapustę.

Korzystaj z promocji, ale rozważnie!

Mieszkam koło Almy i to w tym sklepie najczęściej robię zakupy. Często korzystam z promocji, ale nigdy nie kupuję więcej niż jesteśmy w stanie zjeść. Jeśli w promocji jest mój ulubiony włoski makaron kupuję od razu kilka paczek, tak samo postępuję w przypadku pomidorów w puszce, kasz, ryżu czy puszkowanych ryb. Często kupuję w promocji rzeczy, które w normalnej cenie są dla mnie drogie. Dzięki temu sięgam po smaczniejsze i lepsze produkty i nie rujnuję swojego portfela. Nie kupuję dużych ilości świeżych warzyw, jeśli nie mam pomysłu na ich wykorzystanie i wiem, że nie zdążę ich zużyć przed zepsuciem. Warzywa czy wędliny lepiej kupować w mniejszych ilościach i często. Chociaż polecam w ogóle przestać kupować te ostatnie, bo ich jakość jest coraz gorsza i naprawdę ciężko znaleźć smaczną kiełbasę, czy szynkę z dobry składem.


Pamiętaj o różnorodności

Każde nawet najlepsze danie po pewnym czasie zaczyna się nam nudzić. Nie przesadzaj więc z częstotliwością gotowania ulubionych potraw. Ja np. bardzo lubię twaróg wymieszany ze śmietaną, kawałkami rzodkiewki i szczypiorkiem, ale często doprawiam ser świeżą bazylią i suszonymi pomidorami lub czerwoną papryką i plastrami świeżego chrupiącego ogórka. Dzięki temu biały ser nigdy mi się nie przejada i zawsze traktuję go jako rarytas. Chociaż bardzo lubię makaron, nie jem go częściej niż raz w tygodniu. I to samo polecam Wam. Raz kasza jaglana, raz razowy makaron, raz pieczone ziemniaki.


Zrób listę swoich ulubionych dań oraz tych, które chcesz zrobić w najbliższym czasie

Ten punt nierozerwalnie wiąże się z bezpieczną bazą produktów. Dla niektórych makaron ze szpinakiem czy pierś z kurczaka z grilla to standardowe, niemalże codzienne pozycje w obiadowym menu. Posiadam też listę takich dań, np. stek, pieczony pstrąg czy grillowany łosoś, czyli bezpieczne wybory, ale lubię stawiać sobie kulinarne wyzwania i przynajmniej raz w tygodniu przygotowuję zupełnie nową potrawę, która z czasem może wylądować na "bezpiecznej" liście. Dzięki cotygodniowym eksperymentom nauczyłam się robić fantastyczne curry, gulasz z cieciorki czy zupę brokułową oraz otworzyłam się na zupełnie nowe i ciekawe smaki.

Wykorzystuj resztki i dokupuj tylko to co musisz

Mieszaj, miksuj, dodawaj, twórz swoje ulubione kompozycje. Z doświadczenia wiem, że prawie wszystko zapakowane do placka tortilli lub naleśnika smakuje pysznie. Chyba, że jest to pasztet...
Bardzo rzadko wyrzucam jedzenie. Po pierwsze przez to, że nauczyłam się efektywnie robić zakupy i nie kupować więcej niż potrzebuję, a po drugie dlatego, że zawsze wykorzystuję resztki. Końcówka sałatki colesław doskonale smakuje w kanapce z szynką, odrobina domowego masła orzechowego ożywi nawet najprostszy sos sałatkowy, a kromki czerstwego chleba świetnie się sprawdzą w roli grzanek z oliwą i mozzarellą lub domowej bułki tartej.


A jakie są Wasze patenty na udane zakupy? Który z punktów wykorzystujecie u siebie?



niedziela, 3 maja 2015

Tort czekoladowo-miętowy


Tort czekoladowo-miętowy, który na zawsze zostanie dla mnie tortem niezgody.

Pierwszy raz

Smak pastylek After Eight albo się kocha albo nienawidzi. Mało kto pozostaje wobec niego obojętny. Znam dwóch największych fanów tych słodyczy, mojego Tatę i mojego chłopaka, który jeśli ma tylko okazję zawsze wybiera miętowe lody, czekolady i batoniki. Przygotowując dla ostatniego urodzinową niespodziankę wiedziałam, że muszę ten smak wykorzystać. Znalazłam na Moich Wypiekach odpowiedni przepis, kupiłam składniki, chytrze ukryłam je w czeluściach lodówki i przygotowałam wymarzony tort. Pierwszy raz wyszłam poza bezpieczny i znany mi teren tortów na biszkopcie ze śmietankowym kremem i kwaskowymi owocami. Tort wyszedł naprawdę wspaniały, mocno czekoladowe ciasto, orzeźwiający, lekki krem i polewa z gorzkiej czekolady. 
Podczas urodzinowej imprezy wszyscy go chwalili, komentowali i prosili o dokładkę, a ja sama w życiu nie byłam bardziej dumna ze swojego wypieku! Czym prędzej chciałam go znów przygotować i umieścić na blogu.

Drugie podejście i totalna katastrofa

Urodziny Taty, fana czekoladowo-miętowych cukierków i miętowych likierów to chyba doskonała okazja do przygotowania tego ciasta, prawda? Znów zabrałam się za "knucie" i skrycie kupowałam składniki dzieląc się z Mamą zadaniami.

Jadąc do domu byłam więc podekscytowana, przekonana że zdjęcia wyjdą wspaniałe, a Tata będzie szczęśliwy. Po wejściu do domu zauważyłam przykryty pod bawełnianą ściereczką kakaowy biszkopt. Wyrośnięty, dostojny i piękny jak nigdy wcześniej i moją Mamę, która chciała podobno odciążyć mnie od obowiązku pieczenia blatów do ciasta. Każdy kto mnie zna wie, że dla mnie to niedźwiedzia przysługa. Kocham piec i lubię wszystkiego sama dopilnować! Łzy cisnęły mi się do oczu, bo umawiałyśmy się na coś innego, a moja Mama musiała postawić na swoim. Zamiast super ekscytującego kulinarnego przeżycia znów robiłyśmy tort o smaku takim jak zawsze: śmietanka, kawa, kakao i kwaśny mus porzeczkowy. 

Nie żeby te smaki były złe, o nie. Są doskonałe, ale zawsze te same. Pieczemy w domu torty przynajmniej 4 razy do roku i zawsze smakują tak samo - albo krem jest kawowy, albo biszkopt nasączony jest kawą i posypany warstwą tartej czekolady, albo śmietanka ma w sobie kawałki czekolady. To nasz domowy cukierniczy comfort zone. Tort prezentował się w ten sposób, śliczny jak zawsze. 





Niestety cały weekend nie mogłam Mamie wybaczyć, że pokrzyżowała mi plany. Docinałam jej w każdym możliwym momencie, złośliwe komentarze same cisnęły mi się na usta, a ja nie mogłam przełknąć tej strasznej dla mnie straty. Całe 2 dni myślałam o torcie i o tym, że muszę koniecznie czym prędzej go upiec i zrobić na złość Mamie. Aż mi wstyd za tę motywację...

Sukces i pełna satysfakcja?

W zeszłą niedzielę wpadli do mnie rodzice. Postanowiłam czym prędzej zabrać się za ciasto. Wstałam o 7, pobiegłam do sklepu i zabrałam się za pieczenie. Towarzyszyły mi mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo cieszyłam się z tego wspaniałego tortu, z drugiej źle mi było z emocjami, które towarzyszyły drugiej "nieudanej" próbie. Postanowiłam przeprosić Mamę za paskudne zachowanie i pełne goryczy docinki dla jej bezpiecznych smaków i rządzenia we własnej kuchni. W końcu to jej kuchnia, a ja nauczyłam się tam prawie wszystkiego. Przy rozmowie dowiedziałam się, że Mamie wcale nie było miło z wspomnieniem nieszczęsnego tortu i było jej zwyczajnie przykro.


Wnioski na przyszłość

Czasem warto opuścić swoją strefę komfortu i spróbować nieco innych wrażeń, smaków i doznań. Nie wolno jednak nikogo zmuszać do czegoś na co nie jest gotowy. Dla jednych zmiana rodzaju masła lub sposobu smażenia jajecznicy to już duży szok, a inni (w tym ja) nie lubią dwa razy chodzić tymi samymi kulinarnymi ścieżkami. Zamiast się boczyć i wzniecać w sobie żar złych emocji, złości i goryczy lepiej po prostu się dogadać. I to tego Was wszystkich zachęcam. Nie pieczcie nikomu na złość, to się zwyczajnie nie opłaca. 

Wracając do tortu...

Jest naprawdę wyjątkowy. Myślę, że posmakuje nawet tym, którzy omijają miętowe lody szerokim łukiem. Wbrew pozorom jest bardzo prosty w przygotowaniu, a prezentuje się naprawdę wspaniale. Nigdy wcześniej nie jadłam podobnego ciasta, intensywnie czekoladowego, gęstego, ale jednocześnie lekkiego jak piórko. Żaden tradycyjny biszkopt nie dorasta mu do pięt! Kto z Was się na niego skusi? Z podanej poniżej proporcji wychodzi tort dla 8-10 osób.



Składniki na formę 18 cm:

Ciasto:
3/4 szklanki mąki pszennej 
1/3 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/3 kostki masła
1/2 tabliczki gorzkiej czekolady
1/3 szklaki kakao
2 średniej wielkości jajka
1/2 szklanki cukru
2-3 łyżki cukru z wanilią
1/3 szklanki kwaśnej gęstej śmietany 18%

WSZYSTKIE SKŁADNIKI MUSZĄ BYĆ W TEMPERATURZE POKOJOWEJ

Masło i czekoladę rozpuścić na małym ogniu lub w kąpieli wodnej, dodać przesiane przez sito kakao, odstawić do przestudzenia.

Mąkę, sodę i proszek do pieczenia przesiać i odstawić.

Jajka ubić z cukrami na gęstą puszystą masę. Dodać przestudzoną czekoladę i zmiksować mikserem.

Następnie dodawać raz łyżkę śmietany, raz łyżkę przesianej mąki z proszkiem i mieszać szpatułką lub łyżką, nie mikserem. Ciasto ma zbitą, dość gęstą konsystencję. Przełożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia i piec około 45-50 min w 170 stopniach. Po tym czasie wyłączyć piekarnik i stopniowo studzić ciasto. Najpierw trzymać w zamkniętym piekarniku przez 5-7 min, później delikatnie uchylić drzwiczki na 5-7 min, następnie całkowicie otworzyć drzwi piekarnika. Po 10-15 minutach studzić ciasto na kratce aż będzie lekko ciepłe. Wtedy można je wyjąć z formy i odstawić do całkowitego wystudzenia.

Nasączenie:
1/2 szklanki wody
kilka kropel miętowych (zwyczajnych z apteki za 3 zł)
opcjonalnie likier miętowy*

Kiedy ciasto czekoladowe będzie całkowicie zimne, można je przeciąć ostrym i długim nożem na 3 części. Każdą część delikatnie nasączyć. Ciasto samo w sobie nie jest suche jak biszkopt.
Pamiętajcie, że na wierzch najlepiej będzie się nadawać idealnie płaski spód.
*można też użyć zaparzonej miętowej herbaty lub świeżej mięty

Zielony krem miętowy
250 gramów mascarpone
200 ml śmietanki 36%
1,5 łyżki cukru pudru
1 tubka zielonego barwnika Dr'Oetkera (nie mam doświadczenia z innymi)
krople miętowe do smaku (u mnie około 35-40)

Zimną śmietankę, mascarpone i cukier zmiksować razem, dodać barwnik. Do zielonego kremu dodawać krople do smaku. Krem podzielić na 3 mniej więcej równe części.

Na pierwszy nasączony blat wyłożyć porcję kremu, przykryć drugim blatem i drugą porcją kremu. Na koniec położyć 3 i ostatni blat czekoladowy. Pozostałym kremem udekorować boki. Najlepiej i najwygodniej użyć do tego dużego gorącego noża. Ja zawsze mam w kubeczku wrzątek i moczę w nim przez chwilę nóż i równomiernie rozprowadzam krem.

Czekoladowa polewa
3/4 tabliczki gorzkiej czekolady
2-3 łyżki masła lub oleju kokosowego
3-4 łyżki śmietanki 36%

Masło lub olej kokosowy rozpuścić. Dodać połamaną czekoladę, odstawić aż się zrobi miękka i dokładnie wymieszać z masłem. Na koniec dodać śmietankę. Całość przestudzić przez 5-10 min, aż zacznie gęstnieć. Polewę wylać na sam środek ciasta i nożem równomiernie rozprowadzić po brzegach, aż zacznie spływać i tworzyć fantazyjne wzory. Odstawić do lodówki na co najmniej godzinę. Można udekorować tort listkami świeżej mięty. Moim zdaniem w tej wersji jest najładniejszy.



Przepis pochodzi ze strony Moje Wypieki, która jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.







wtorek, 31 marca 2015

Ciasto marchewkowe z mleczną czekoladą od Liski z White Plate



Cześć!

Jak zdążyliście pewnie zauważyć w tym poście  ostatnio przybyło mi kilka kulinarnych książek. Wszystkie pięć nowości to wspaniałe prezenty. Dzisiaj pokażę Wam przepis z książki Liski z bloga White Plate. Lubię tę pozycję za proste, domowe przepisy i takie zwyczajne ciepłe zdjęcia. Z przyjemnością czytam komentarze i uśmiecham się na widok fotografii każdego deseru czy ciasta, które ma swoją historię i budzą w autorce przyjemne wspomnienia. Chociaż wiele słyszałam o bananowym chlebku z karmelem, zdecydowałam się z prostej przyczyny upiec właśnie to ciasto. Wszystkie niezbędne składniki były w domu, a w deszczową, zimną i wietrzną sobotę nikt nie ma ochoty wyściubiać z domu nosa. Zakasałam, więc rękawy i zabrałam się do pracy, a po 30 minutach pachnące i aromatyczne ciasto trafiło do piekarnika. 

Ten marchewkowy placuszek smakuje zupełnie inaczej od mojego wcześniejszego przepisu. Ciasto jest dużo bardziej zbite i ciężkie. Ale też wilgotne i sycące. Jeden kawałek jest wystarczający, żeby zaspokoić mały głód. Świetnie nadaje się do spakowania w pudełko na drugie śniadanie w pracy czy szkole. Ja tradycyjnie przygotowałam podwójną porcję - w moim domu mieszkają same łasuchy. Więc zanim zabierzemy się za kręcenie wielkanocnych bab i faszerowanie jajek, polecam Wam coś zwyczajnego, codziennego i bardzo smacznego. W końcu każdy dzień powinien być wyjątkowy!




Składniki (na jedną długą keksówkę):

4 duże jajka
3/4 szklanki cukru*
3/4 kostki masła (150 gramów) roztopionego i przestudzonego
2 szklanki mąki pszennej
3 duże marchewki starte na tarce(około 400 gramów)
1 tabliczka mlecznej czekolady (posiekana)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka przyprawy do piernika

Przygotowanie:

Masło roztopić i przestudzić.
Jajka ubić z cukrem na puszystą masę. Stopniowo dodawać masło i miksować do połączenia. Następnie dodać przesianą mąkę, proszek, sodę i przyprawy i drewnianą łyżką wszystko wymieszać. Dodać startą marchewkę i posiekaną czekoladę i wszystko jeszcze raz dokładnie wymieszać.
Surowe ciasto przelać do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia i piec 60 min w 180 stopniach. Ja wszystkie ucierane ciasta wkładam do zimnego piekarnika, żeby ładnie i równo wyrosły, a nie spiekały się od razu.
Po upływie 60 min wyłączyć piekarnik i jeszcze 5 min trzymać w zamkniętym piekarniku. Następnie wyjąć, postawić na kratce i ostudzić.

Smacznego!

*Jeśli lubicie bardzo słodkie ciasta, dodajcie odrobinę więcej cukru. Ja w każdym przepisie staram się go dodawać jak najmniej.



czwartek, 26 marca 2015

Makaron z pieczoną dynią, lazurem, pietruszką i chilli według przepisu Jamiego Olivera



Kiedy studiowałam zawsze wyobrażałam sobie, że po przejściu na cały etat będę mieć bardzo dużo wolnego czasu, który w dużej części spożytkuję na bloga i gotowanie. Myślałam, że skoro w pracy spędzam wyłącznie 8 godzin i po 16 będę już w drodze do domu, to w końcu  nie będzie mi brakować wolnych chwil na czytanie książek, spotykanie się ze znajomymi czy regularne treningi.

Co za rozczarowanie! Okazało się, że nigdy nie jest tak łatwo jak się o tym marzy i żeby starczyło mi czasu na wszystkie zaplanowane zadania muszę się nieźle nagimnastykować. Chociaż staram się nie marnować czasu na głupoty (np. pudelka), ciągle muszę się gdzieś śpieszyć. Na szczęście wykształciłam w sobie zdolność do solidnego planowania żywieniowych zakupów (post o tym wkrótce!) oraz naprawdę ekspresowych obiadów. W spiżarni, a właściwie w szafce z zapasami mam pod ręką składniki niezbędne do przygotowania pożywnego i wartościowego posiłku. W
zamrażalniku też zawsze mam coś zachomikowane na czarną godzinę. Gorąco polecam takie zestawy każdemu!

Przepis na dzisiejszy obiad zaczerpnęłam z książki Jamiego Olivera - Gotuj sprytnie jak Jamie (wspaniały gwiazdkowy prezent od Tomka). Pieczona dynia piżmowa, której ostatnie porcje mam jeszcze w zamrażalniku, lazur, chilli i pietruszka to połączenie proste, ale bardzo smaczne i niebanalne. Przygotowanie tego obiadu zajmuje niecałe 30 min. Nie jest ciężkie i przytłaczające, świetnie nadaje się na posiłek przed treningiem i dobrze odgrzewa się na drugi dzień, nawet w mikrofalówce. Warto wypróbować jeśli znudził Wam się tradycyjny pomidorowy sos z bazylią.


Składniki (3 porcje):



Puree z 1/2 pieczonej dyni piżmowej
50 gramów lazura (lub innego sera z niebieską pleśnią)
1 papryczka chilli (lub mniej, można też zastąpić płatkami chilli lub rozkruszoną peperoncino)
2 łyżki oliwy
3 ząbki czosnku
1/2 łyżeczki tymianu (można zastąpić oregano)
2 łyżki kwaśnej śmietany
300 gramów makaronu
1/2 pęczka natki pietruszki

Przygotowanie:


Dynię piżmową przeciąć na pół i piec około 60 min w rozgrzanym do 200 stopni piekarniku. Po tym czasie zblendować na gładki mus lub rozgnieść widelcem. Puree można trzymać w lodówce w szczelnym naczyniu do 5 dni lub podzielić na porcje i zamrozić. Ja zawsze staram się piec dynię lub inne warzywa przy okazji pieczenia kurczaka czy schabu, wkładać do plastikowego pojemnika i zamrażać. 



Na patelnię wlać oliwę z oliwek i delikatnie podgrzać. Dodać posiekany czosnek i chilli, podgrzewać prze minutę i dodać puree z dyni, rozdrobniony ser, śmietanę, tymianek i odrobinę gorącej wody. Gotować pod przykryciem przez około 10 min, aż składniki doskonale się połączą.

Równocześnie ugotować makaron według instrukcji na opakowaniu. 

Sos dyniowy doprawić solą, dużą ilością czarnego, świeżo mielonego pieprzu i natką pietruszki. Dodać ugotowany makaron i dokładnie wszystko razem wymieszać. Gęsty sos jest dość lepki i doskonale oblepia makaron. Podawać od razu. 

Można podawać z dodatkową porcją pietruszki i starym parmezanem (ale nie jest to konieczne).


Smacznego!


poniedziałek, 23 marca 2015

Podsumowanie ostatnich miesięcy. Co dalej?


Cześć! Ostatnie miesiące, a w szczególności styczeń 2015 roku były dla mnie wyjątkowe. Zakończyłam ważny etap swojego życia i rozpoczęłam prawie dorosłe życie. Krótkie podsumowanie na dobry początek nowej przygody!

Ukończone prace magisterskie: 1 (dokładna data 08.01.2015).


Obronione prace magisterskie: 1 (dokładna data 29.01.2015)

Nowe ciekawe miejsca z jedzeniem: 6













Nowe zainteresowania: 3 (włosomaniactwo, makijaż, planszówki)


Nowe książki kulinarne: 5



Warsztaty kulinarne: 1 QAMP (relacja wkrótce)




Zorganizowane przyjęcia niespodzianki: 1 (dla Tomka)


Stopa oszczędności: 10% pensji (na wakacje #zagranico!)


Lata: 25 (dokładna data 11.01.2015)


Ulubione danie ostatnich miesięcy: krewetki z czosnkiem, pietruszką i chilli, dorsz w pomidorach






Ulubione zdjęcie: tulipany (niezmiennie moje ulubione kwiaty)




Ulubiona książka: Anthony! 




WNIOSKI: Bardzo bardzo bardzo chce wrócić do regularnego dodawania postów, bo strasznie mi tego brakuje!

Zapraszam także na mój profil na Insta: www.instagram.com/zbieramliscie.
Tam jestem nieustanie aktywna:)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...